Pamięci Matki mojej Zofii — poświęcam
Kopała matka kartofle. Co dnia.
Całą jesień. Jej zgarbione plecy
Miały coś w sobie ze świętego ognia
Zapalonej nad trumną pogrzebowej świecy.
Zagon był wąski. Wparł się w pole obce,
Bylicą miedz swych płakał. Piasek
Lał się przez palce. Odsączał kartofle.
Pomagał matce. Gruba była w pasie.
Zagon był wąski. Klinem parł się w rzekę.
Dola przysiadła obok. Jak zły człowiek...
O matko, matko: dni tamte dalekie
Łzą mi zawisły u dziecięcych powiek.
Motyką o trzech palcach, jakby pazurami
Ryła w zagonie. Z uporem. Zawzięcie.
Pole w kamieniach. Między kamieniami
Stóp matki ślady: bosych nóg pieczęcie.
Jak nędzny zbiór był. Co pośród kamieni
Może urosnąć?!... Wiklinowy koszyk
Tak wolno pęczniał kształtem krągłych cieni...
Biła z nas radość: dosyć, dosyć, dosyć.
Czepiałem się nóg matki. Szukałem w zapasce
Chleba. Wiało straszną pustką...
Znalazłem blaszkę. W zardzewiałej blaszce
Matkę widziałem: w oczach miała chustkę...
Dym wlókł się z ognisk. Nad polem przyklękał.
Zwijał się. Kłębił. Westchnienie jak kamień
Rwało pierś matki. I była w niej męka...
(I ja z niej wziąłem tej boleści znamię).
Sunąłem bruzdą. Zbierałem kartofle.
I dnia nie było jakby zda się końca...
Zagon był obcy. I kartofle obce...
I naszym tylko były: wiatr i słońce.
- Strona główna
- |
- Aktualności
- |
- Historia
- |
- Informacje
- |
- O gminie
- |
- Galeria
- |
- Turystyka
- |
- BIP
- |
- Kontakt




